Mama w związku.

Facebook nie kłamie:

mama_w_zwiazku

Mama Aniołka oficjalnie w związku!

Powodzenia.
Jakoś dziwnie czasowo zbiegło się to z moją deklaracją na blogu, że odpuszczam już jakiekolwiek starania o normalną rodzinę.
Czyli mamy temat zamknięty już na stałe…Córeczko, jesteś pod opieką nowego, kolejnego „Tatusia”.

Oczywiście nie miałem okazji zobaczyć tego od razu, ponieważ kilka miesięcy wcześniej zostałem z dariowego facebooka usunięty i zablokowany, a konto Darii znikąd doznało metamorfozy na nieco bardziej ścisłe ustawienia prywatności.

Tak też muszę przyznać, że powyższy obrazek dostałem od „szpiega”. Nie mam w zwyczaju bawić się w detektywa, może z wyjątkiem sytuacji kiedy robiłem coś DLA NIEJ (tak, tak! wyciągałem z bagna, kosztem swojego życia).
Obrazek został zweryfikowany i nie został sfabrykowany.
Z racji tego że blog miał służyć informowaniu o wszystkich ważnych wydarzeniach w naszym życiu, uczciwie informuję również o tym, oczywiście nieco subiektywnie, czyli gdzieś tam delikatnie odnosząc się do naszych wspólnych relacji, choć powstrzymuję się jak mogę ze zbyt daleko posuniętym komentarzem. Nie tylko „zbieg okoliczności” ale również pozostałe ostatnie wydarzenia dają mi pewien obraz, do jakiego stopnia byłem oszukiwany.

Córeczko, jak widzisz, życie Taty Aniołka ciężkie zdeczka jest, no ale nie można mi zarzucić że się nie starałem. Próbowałem…od kwietnia do grudnia 2012. Na więcej nie mam już siły ani ochoty.

Tata Aniołka

Koniec starań.

Co ważne, trzeba tutaj odnotować. Mama Aniołka wprawdzie twierdzi że prowadzi od jakiegoś czasu Matyldzie pamiętnik, Tata Aniołka prowadzi bardzo intensywne życie i brakuje mu czasu na takie rzeczy, jednak stara się systematycznie umieszczać informacje istotne na tymże blogu. Bo właśnie ten blog miał być w pierwotnym założeniu takim naszym wspólnym pamiętnikiem dla Matyldy…

Dzisiejszą istotną informacją jest, iż odpuszczam.
W kwietniu, dzień po zdaniu ostatniego egzaminu na studiach inżynierskich, Daria zostawiła mnie.
Od tamtej pory starałem się jak mogłem, z mniejszą lub większą intensywnością, abyśmy do siebie wrócili i wychowywali normalnie dziecko.
Raz po raz nalegałem ostro, później dawałem jej czas do namysłu, dawałem czas na rozważania…starałem się dużo rozmawiać. Nie dalej jak 3 miesiące temu po dłuższej rozmowie zobaczyłem ogień w jej oczach… tak też znikąd zaczęliśmy się całować… całowaliśmy się bardzo namiętnie ( 😉 ) i wydawało mi się że to jest ten czas. Że od tamtej pory będzie już z górki. Wszystko potoczy się tak jak być powinno, skończy się ta patologia i będziemy tworzyć normalną rodzinę. Następne spotkanie obfitowało już w zupełnie odmienne emocje ze strony Mamy Aniołka, wobec czego nie dość że stwierdziłem że ktoś tutaj robi z kogoś idiotę, to i jeszcze nasunęły mi się głupie myśli, że ktoś inny musi na Mamę Aniołka wpływać. Insynuacje zachowam jednak dla siebie, bo detektywem nie jestem i życia prywatnego Mamy Aniołka nie śledzę.
Dziś nie chcę już tego roztrząsać, bo z jednej strony była to bardzo bolesna sytuacja, z drugiej strony wydawało mi się że to sygnał do tego że jest jeszcze jakaś szansa.

Dziś nachodzi mnie refleksja, czy dobrze robiłem i czy warto było? Wydaje mi się, że mimo wszystko warto.
Dla tak wspaniałej córki zrobiłbym wszystko. W przeciwieństwie do Mamy Aniołka, Tata od kwietnia nigdy nie wypowiedział słów, że „nigdy już nie będziemy razem”. W takich deklaracjach Tata jest jednak dużo bardziej ostrożny.

Jednak nastał w końcu ten czas i należy tutaj postawić kropkę. Minęło 9 miesięcy, symboliczne 9 miesięcy, kończy się rok kalendarzowy…i odpuszczam. Tym samym dziś kończy się pewien etap w naszym życiu. Taki, w którym jeszcze mogliśmy być razem, etap w którym nasza cudowna Córeczka miała jeszcze szansę na normalny dom. Choć jestem daleki od palenia mostów i wyznaję zasadę „nigdy nie mów nigdy”, to jestem zmuszony z przykrością stwierdzić, że dziś te szanse są już całkowicie przekreślone.

To, co piękne, zostaje już tylko za nami.

Nie sposób wspomnieć o niedawnej sprawie w sądzie rodzinnym, na którą zostałem „zaproszony” przez Mamę Aniołka. Nie zapomnę do końca życia, gdy pani sędzina prowadząca sprawę mówiła w stronę Mamy Aniołka moimi słowami. Użyła między innymi sformułowania „potrzebna jest dobra wola obydwu stron”, akcentując dość mocno „DOBRA WOLA”. To są dosłownie moje słowa które powtarzałem Mamie Aniołka od kwietnia! Sędzina mówiła też o dawaniu nowego życia, o dojrzałości, o rozmawianiu, dogadywaniu się.
Większość wypowiedzianych przez nią słów to praktycznie powielenie tego co ja mówiłem Mamie Aniołka dotychczas.
Nie sposób opisać mojego zaskoczenia. Dlaczego? Ponieważ cały czas odnosiłem wrażenie że sędzina w swojej mowie próbuje namówić Mamę Aniołka do tego żebyśmy do siebie wrócili ! To wrażenie dodatkowo było potęgowane przez fakt, że sędzina kierowała swój wzrok na Mamę Aniołka, a nie na mnie.
Chociaż ze słyszenia wiedziałem, że w sądach rodzinnych na każdej rozprawie tak bywa, że najpierw sąd próbuje pogodzić strony, to jednak okoliczności oraz mowa sędziny jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że w całej swojej walce o normalną rodzinę mam całkowitą rację.

Nie warto przywoływać tutaj przedmiotów rozprawy, bo sądy to nie jest zbyt przyjemna sprawa, wspomnę jedynie że sprawa na szczęście zakończyła się pomyślnie dla mnie, ponieważ Daria częściowo wycofała się ze swoich żądań.

Jednym z najważniejszych przedmiotów rozprawy było miejsce wychowywania (zarazem przebywania) Matyldy. Podczas rozprawy sędzina zapytała więc mnie, czy wyrażam zgodę aby nasza córka była pod opieką matki, na co wyraziłem zgodę. Nic ponadto nie zostało ustalone.

A dlaczego wyraziłem zgodę? Mógłbym oczywiście zgodnie z prawdą napisać że nie chcę z nią walczyć przed sądem, bo sąd jest dla głupich ludzi, którzy nie potrafią się dogadać… ale wyraziłem na to zgodę przede wszystkim dlatego że jeszcze wtedy miałem nadzieję że wrócimy do siebie. Nie uważam jej za złą matkę, niestety nie uważam też za dobrą. Jest po prostu zagubiona.

A tymczasem Wigilia nas zastała. Wesołych Świąt życzę wszystkim, Tobie też Córeczko!

Tata Aniołka

Tata Aniołka cierpi

Od samego początku chcieliśmy aby ten blog był miejscem, gdzie będziemy pisać o naszym małym Szczęściu, gdzie będą opisywane nie tylko wzloty, ale również upadki związane z wychowaniem Matyldy. Tych mało przyjemnych sytuacji było bardzo dużo, rodzą się kolejne, ale nikt nie mówił że będzie łatwo. Takie jest życie.
Od kwietnia nie jesteśmy razem więc siłą rzeczy przestaliśmy całkowicie prowadzić bloga.

Tata Aniołka zgodnie z obietnicą, będzie starał się aktualizować go co jakiś czas, pomimo tego że nie jest to już miejsce szczęśliwej rodziny.
Siłą rzeczy Tacie Aniołka zdarza się tutaj czasami uzewnętrznić, co też w tym momencie czyni.
Chyba nie ma na tym Świecie nikogo kto przekonałby mnie że rozbita rodzina ma jakikolwiek sens. Nie ma nikogo kto przekonałby mnie że córka wychowująca się daleko od bezgranicznie kochającego ojca może być co najmniej tak szczęśliwa, jak będąc przy nim. Nigdy to do mnie nie dotrze i nigdy tego nie zrozumiem.

Córka wychowywana przy matce, ojciec mieszkający w odległości 25km od swojej…rodziny. Nie, to nie ma sensu. Niestety próbujemy z tym żyć. Znaczy się, ja próbuję. Ale nie umiem. Od kwietnia… a mamy grudzień. Winy z pewnością jest dużo po mojej stronie i potrafię się do tego przyznać, jednak moim zdaniem nie było sytuacji której nie da się wyjaśnić. Obydwoje nie byliśmy idealni, ale nic nie poszło na tyle za daleko, żeby nie można było znowu być razem.

Ścieramy się jeszcze nader często, bo zazwyczaj nasze spotkanie polega na tym, że ja próbuję nakłonić Darię do tego żeby skończyła z tą patologią, abyśmy znów mogli tworzyć normalną rodzinę, na co ona zazwyczaj podaje swoje argumenty, które w większości (oprócz przywoływania niektórych sytuacji z przeszłości) wydają mi się być irracjonalne i nielogiczne. Właściwie większość odbieram jak totalny brak logiki! Czasami mam wrażenie, że Daria robi to celowo i całkowicie świadomie, żeby mnie zdenerwować. Innym razem mam wrażenie, że ktoś jej to wszystko podpowiada, bo to nie są jej słowa, jak to mówi to nie poznaję jej…
Chciałbym wtedy powiedzieć: heloooł obudź się, mamy dziecko! Ale to nadal nic nie zmieni.
Każda rozmowa kończy się mniej więcej w podobnym schemacie – gdy Mama Aniołka nie ma już argumentu, broni się sarkazmem:
„bo ty się uważasz za takiego zajebistego”…
Nie, nie uważam się. Ale zajebistym czyni mnie to, że jestem ojcem tak wspaniałej Córeczki. I dzięki temu ja jestem najlepszy. I dzięki temu nikt inny przy Tobie, Mamo Aniołka, nie będzie lepszym facetem i ojcem.

Najbardziej zabolało mnie, kiedy usłyszałem że „po prostu wpadliśmy”. Było wypowiedziane dziwnym tonem, na tyle łagodnym, że do dziś nie wiem jak mam to rozumieć. Próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie: Czy Mama Aniołka podważa w ten sposób sens dalszego bycia razem czy sprowadza do takiej rangi istnienie wspaniałej córki? A może jest  tutaj jeszcze coś innego? Do tej pory tego nie wiem.

Dla mnie Matylda była i zawsze będzie owocem naszej miłości a nie wpadką. I dlatego powinniśmy być razem. Tym bardziej jest to dla mnie oczywiste, że po prostu wcześniej obydwoje mieliśmy partnerki i partnerów a przecież dzieciaków się dziwnym trafem wcześniej nie dorobiliśmy 🙂 Ot, przeznaczenie. Mama Aniołka na siłę próbuje z tym przeznaczeniem walczyć… i co najgorsze, wygrywa.

Odwiedzam córkę i biorę ją do siebie, ostatnio na kilka dni. Mam do tego stosunek ambiwalentny. Generalnie nie jest to dla mnie miła sytuacja. Czuję że to nienaturalne. Jak już myślę o tym że będę się z nią widział, czuję się nieswojo, stres jest podobny jak przed rozmową kwalifikacyjną o pracę, coś w rodzaju takiego niewielkiego, subtelnie przeszywającego dreszczyku. Jednocześnie jestem szczęśliwy że ją zobaczę. Jak po nią jadę, robię to niechętnie. Gdy już wracam z nią do swojego miasta, cieszę się że jest na pokładzie bolidu, cieszę się że ją widzę, że jest blisko mnie…ale jednocześnie czuję że powinna być jeszcze z nami Mama.

Wszystko to kojarzy mi się z „widzeniami” jak w jakimś więzieniu. Ktoś wyznacza pewne granice, kiedy mogę widzieć się z córką, kiedy mogę spędzać z nią czas. Nie dociera to do mnie. Wolałbym, żeby było normalnie. Budzimy się we troje…

Zadaję sobie cały czas pytanie: kto mi zabrał Córeczkę, kto mi zabrał rodzinę… i dlaczego tak się stało?

tata_na_kuznicy

Tata z Aniołkiem na Kuźnicy Warężyńskiej, 29.07.2012

Matylda- pamiętacie jeszcze?

Pamiętacie jeszcze Naszego Małego Szkraba?

Matyldziak kilka dni temu skończyła 17 miesięcy. Muszę się przyznać, że strasznie szybko to zleciało. Ostatnio wspólnie oglądaliśmy filmik i zdjęcia gdy Nasz Kurczak była jeszcze całkiem malutka i aż nie chce się wierzyć w to, że już jest taka duża.

Straszny z niej pieszczoch, mała pani całusińska i gaduła 🙂 A słów już całkiem sporo potrafi

A przy okazji chciałam zaprosić wszystkich odwiedzających do śledzenia Naszego firmowego bloga z artystyczną fotografią dziecięcą, który znajduje się  tu : www.studio-malego-czlowieka.pl

Tam też mozna zobaczyc więcej zdjęć z sesji Matyldy 🙂

Zabezpieczony: Próby.

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Zabezpieczony: Nie ma nas.

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Nadrabiamy zaległości w dużym skrócie

Dzisiaj będzie większość zdjęć- postaram się je dodać w odpowiedniej kolejności

 

Wydaje mi się, że to powinno być pierwsze- Matylda po swojej pierwszej wizycie na basenie. W pierwszej chwili była trochę przerażona, bo woda była za zimna, ale póóóźniej już była zachwycona 🙂

A tu wiadomo 🙂

Czasami dobrze jest pooglądać TV, gdy rodzice piją gorącą czekoladę. ( Wtedy jeszcze nie znała słodyczy więc był problem z głowy :D)

 

Najbardziej do gustu przypadły nam wieczorne spacery- szczególnie wtedy, gdy Matylda spała w godzinach od około 16.00-19.00 i wiadome było, że szybko spać nie pójdzie. Zimy i mrozu się nie boimy- trzeba się hartować 😉

 

Gdy Matylda się już wyspała w nocy to rano zazwyczaj było latanie z Tatą

 

…i inne przytulanki

 

A tu już trochę urosłam i jadę w daleką podróż….

 

…do Warszawy

 

Skoro już trochę zwiedziłam- teraz trzeba opowiedzieć innym jak było

Tym razem woda była zdecydowanie cieplejsza- a mały pływak jak widać na zdjęciu przeszczęśliwy

 

Z każdej strony jakieś aparaty- zero prywatności

 

Myślę, że właściciele tego lokalu byli wdzięczni za powycieranie podłogi.  Ustroń- czekając na ciocię Beatkę.

 

Mam roczek!

 

…i pojechałam do zoo

….i mimo, że nie widać zwierzątek- one naprawdę tam były!

Później trochę czasu na odpoczynek i przytulanki

…bo w końcu trzeba się przygotować do imprezy urodzinowej

 

I znów woda!

…i moja ulubiona kaczka

Spacer z prababcią

i taka jestem szczęśliwa, że chodzę za jedną rękę


I zbliżamy się do końca, bo to zaledwie tydzień temu- weekend w Lublinie i Nałęczowie